Nie mówiłam, że to będzie gadatliwy temat?

Mnie zwykle z aktualną modą nie po drodze. Z czego zresztą nie do końca zdaję sobie sprawę, bo mody nie śledzę. Coś modnego kupuję tylko przypadkowo, gdy (rzadko) moda zbiegnie się z moimi upodobaniami.
Kolory - niebieski, czarny, biały, jasnobrązowy... Nie lubię na sobie zbytniej jaskrawości, jakoś omijam czerwienie, jasne żółtości... A już od zawsze, z zasady nie zakładam jaskrawozielonego. Mam jakoś zakodowane, że to nie mój kolor. Zielony lubię tylko żywy, w doniczkach i parkach.
ZA NIC nie założyłabym kratki. Pasiastości też nie lubię. W ogóle, jeśli już jakiś
wzór, to nieregularny. Unikam też napisów.
Co nie znaczy, że nie lubię w ubraniu fantazji.

Tylko zamiast jaskrawego koloru wolę fantazyjną formę. Niedawno upolowałam krótkie, okrągło wykrojone poncho z kremowej włóczki, ażurowe, z frędzlami.

Zawsze marzyłam o poncho, będzie akurat na ciemne, dopasowane golfy.
Zresztą dopasowane golfy z czymś na wierzchu, przeważnie kamizelką, czy jeansowym żakietem to mój żelazny zestaw, przez większość roku.
Jeansy oczywiście obowiązkowe, najlepiej dzwonowate!
Cekiny i wszelkie brokaty wykluczone, dopuściłabym tylko haft. Biodrówki mi się nie podobają i niewygodnie mi w nich, ale trudno teraz znaleźć inne.

Dobrze przynajmniej, że jestem chuda i mam długie nogi, ale i tak chętnie bym parę słów powiedziała projektantowi, za wymyślenie fasonu w którym dobrze wyglądać może tylko koścista nastolatka.
Spódnice też lubię, nawet w zimie. A już w lecie bez sukienki, czy spódnicy + topu ani rusz. Źle się czuję w mini. Uwielbiam długie, zamaszyste, najlepiej krojone z koła. A kliny od połowy długości, to jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy aktualną modą jestem zachwycona. Mój ideał sukienki to idealnie dopasowany stan i zamaszysty dół. Nienawidzę podniesionej empirowo talii, albo opuszczonej, w typie lat 20, sukienka ma podkreślać, nie zacierać. Ewentualnie długie, miękkie (w ogóle nie lubię sztywnych materiałów) sukienki-koszulki, takie co nabierają kształtu dopiero ubrane. Jeśli długie i wąskie, to obowiązkowo rozcięte ponad kolano.
Nie lubię się jaskrawo malować, zwykle podkreślam tylko brwi, to i owo zacieram... Jeśli już coś ma na mnie błyszczeć, to wolę żeby błyszczała biżuteria. Ha! Biżuteria!

To mój fioł. Niekoniecznie musi być dużo naraz, ale koniecznie fantazyjnie, seryjne badziewie wykluczone. Wykluczony też wszelki plastik i nikiel (i tak mam uczulenie). Kocham srebro, naturalne kamienie, drewno. Zwyczajny jubiler to dla mnie za mało

, więc łupy unoszę z giełd/wystaw geologicznych. Kto jeszcze nie był, niech idzie jak się trafi okazja, bo to impreza przyprawiająca przeciętną kobitę o utratę zmysłów. A na pewno rozsądku... Wskazane zabranie ze sobą przynajmniej stówy albo dwóch, żeby nie było że nie ostrzegłam.

Z takiego miejsca pochodzą moje najukochańsze kolczyki - srebrna replika celtyckich średniowiecznych. A mam też takie z amonitów osadzonych w srebrze, muszle, noc kairu... Parę szkatułek najdziwniejszych drobiazgów.

Zawsze chciałam nosić kapelusze, ale jakoś mi w tym niewygodnie... Kwestia przyzwyczajenia, wiem, ale też najpierw trzeba się przełamać. A ja na głowie zwykle mam nastroszoną strzechę, której szkodzą wszelkie czapki. Nawet w zimie zostaję tylko przy kapturze.
Za to wszelkie resztki elegancji wysiadają przy moich torebkach...

Pardon, torbiszczach, nazywajmy rzecz po imieniu. Torebce stawiam trzy warunki, musi być: a. ładowna (jeśli nie zaliczy testu upychania kartonowej teczki A4, to nie torba, takie coś nazywam portfelem

), b. lekka (wystarczy mi, że noszę zawartość, dlaczego jeszcze mam dźwigać i opakowanie?), c. oprócz dużej głównej kieszeni mieć przynajmniej ze cztery małe (stałe wyposażenie moich toreb, wysypane z nich, zakrywa cały stół, długo by wymieniać... myślę o dołożeniu jeszcze scyzoryka

) Czyli zbędne ozdóbki i ciężkie materie odpadają... W temacie toreb, jestem w wiecznym poszukiwaniu ideału, a póki co, wyglądam jakbym wiecznie była w drodze na dworzec...